wtorek, 19 listopada 2013

Pokój z widokiem


Wdrapaliśmy się po niezwykle stromych drewnianych schodach na ostatnie, drugie piętro. Otworzył przede mną świeżo pomalowane, skrzypiące drzwi. Pachniało drewnem i było nieco za chłodno.

- Naprawdę musisz w nich chodzić? – zapytałam, wskazując na stojące w kącie białe chodaki na gumowej podeszwie.

- Tak – odparł tym swoim spokojnym, głębokim głosem.

- Po co? – dociekałam, zdejmując buty i mój ulubiony wiosenny płaszczyk upstrzony kwietną łąką.

- Żeby się nie poślizgnąć na krwi w sali operacyjnej. Na przykład. Chcesz kawy?

- Z mlekiem. Poproszę. – odpowiedziałam już z łazienki, myjąc ręce mydłem o zapachu mydła. Nie fiołków, nie lawendy, mydła po prostu.

Lubię dotyk bosych stóp o surowe drewno, a podłogi w jego mieszkaniu były idealne. I nowy stół na środku pokoju. Na dwanaście osób. Jedno z krzeseł leżało bokiem na tekturze na tej pięknej podłodze.

- A, właśnie olejuję. Kupiłem stół na całe życie. Mam nadzieję, że ci się podoba – zobaczył, że zdziwiona spojrzałam na to krzesło.

- Naprawdę piękny. To dąb?

- Lity. We trzech wnosili blat – odpowiedział dumny, jak prawdziwy samiec alfa po polowaniu. – Tylko nie stawiaj świeczników bezpośrednio, bo jeszcze nie impregnowałem.

O świecznikach nawet nie pomyślałam, bo już wtuliłam się w miękką, wygodną kanapę. Podwinęłam nogi pod siebie, dostałam kawę z mlekiem i ciastko maślane z cukrem. Pachniało masłem. Kocham masło!

- Może jakiś film? Jestem trochę zmęczony – zaproponował od niechcenia.

- Jasne, chętnie. Też jestem zmęczona.

„Wall-e” to animowana futurystyczna historyjka dwóch robotów, które dzieli przepaść co najmniej trzech generacji świetlnych. Dokładnie jak mnie i pana doktora. I się w sobie zakochują, dbają o ostatnią na świecie roślinkę i chcą obudzić życie na nowo. No to nie dokładnie jak ja i pan doktor. 

- Idę do łóżka.

Obudziłam się wcześniej niż zwykle z poczuciem drżenia w żołądku. Jak w dniu matury. Jak przed lotem. Jak przed jazdą motocyklem. Było już widno, choć morze za oknem jeszcze spało. Słońce rozświetlało sypialnię na biało. Białe ściany, jasny jesion na podłodze i biała komoda. I pościel też biała. I biały on.

Zawsze się zastanawiałam, skąd on wziął tę lekką puchową pościel. Taką cienka i taką ciepłą jednocześnie. Pierzyna od babci była gorąca, ciężka i przytłaczająca, dlatego od dawna śpię pod fizelinową kołderką. A tutaj – raj! Anioły chyba z piór dla mnie poobdzierał, żeby mi się lekko spało po tej cudownie grzesznej nocy. Świeży szelest czystej poszwy. Pachnie praniem. Nie lawendą, nie fiołkiem – praniem!

Słońce zaczęło świecić na jego zadarty nos. Spał sobie spokojnie, lekko pochrapując, może bardziej sapiąc. Cichutki jak zawsze. Cztery piegi już mu wyszły tej wiosny – pomyślałam, kiedy zaczął marszczyć brew. Słońce operowało coraz bardziej. Zaczęły mu się robić drobne zmarszczki w koło oczu. Sieć pajęcza. Sieć rybacka. Z drobnymi oczkami. - Mógłby się nie budzić, lubię patrzeć, kiedy śpi.

Wtuliłam się w niego i wiedziałam, że poczuję zapach, który tak dobrze pamiętam. Pachniał sobą. Nie mydłem, nie praniem, nie potem i nie kawą – sobą. Otulona w miękką bawełnę i zapach szczęścia zasnęłam znowu, z lewą stopą wystawioną na pastwę tego nieco za chłodnego pokoju.

Budzik zaczął dzwonić o 6:55.

środa, 30 października 2013

Kangurzyca


W pokoju Marii stało ogromne łóżko i proste biurko. Ponadto stara komoda zaraz przy drzwiach, zdjętych jakiś czas temu z framugi. I lustro od podłogi do sufitu, wąskie, lecz pozwalające zobaczyć całe odbicie nawet najbardziej obfitej osoby.  

Stos książek na parapecie, ułożony od najmniejszej do największej, zasłaniał nieładne okno z bloku naprzeciwko. Jak się siedziało przy biurku, to to okno wyglądało jak oczy kobiet Modiglianiego.

Tutaj autobusy nigdy się nie spóźniają, auta zatrzymują się przed przejściem, zanim jeszcze pomyśli się o tym, że chce się przejść na drugą stronę. Na pierwszej półce lodówki leżą sery i jogurty, na środkowej wędlina i curry sild, a na samym dole są warzywa i czarny chleb. Magnesy na lodówce stoją w szeregu, jak żołnierze podczas musztry. Słoiki w rzędzie – kolejno odlicz.

- O której wstajesz? – zapytała kiedyś Rahab, koleżanka ze szkoły językowej.

- O szóstej. – powiedziała Maria, wzdrygając się.

- A co jesz na śniadanie? – kolejne wyuczone z podręcznika pytanie padło z ust uroczej Kenijki.

- W dni powszednie jogurt z ziarnami zbóż, a w soboty i niedziele jajko na miękko i pół grejpfruta. – odrzekła znudzona Polka.

Nie ma zbyt wiele możliwości – można zbudować ograniczoną ilość wariacji z dostępnych elementów. Zaczyna brakować nowych, miąższem ociekających słów, pięknych fraz i długich, szerokich głosek. Duński przypomina dławienie się indyka tuż przed oddaniem ostatniego tchnienia. Przypomina też klocki lego. Niby ujmujące w swojej prostocie, a jednak pozwalające stwarzać zadziwiająco skomplikowane konstrukcje.

Każdego ranka na dnie kubka zostaje centymetr kawy z odtłuszczonym mlekiem. Śpiąc w środku, Maria wychodzi na mroźne powietrze, gorąca ciepłem prysznica i pachnąca świeżością, łapie spłycony oddech. Na szaliku owiniętym w koło jej twarzy zamarza skroplone powietrze.

„Idzie zuch, wicher dmucha i do tyłu ciągnie zucha, ale zuch się nie przejmuje i do przodu maszeruje.” Między siódmą pięć, a siódmą piętnaście Maria słyszy w głowie te słowa, tę głupawą piosenkę z przedszkola. I nie może się od niej uwolnić. Tutaj to ma swoją nazwę: ørentvist. A po polsku co? Uszny robal, skorek? I pozostaje taka mała, a majestat tego wiatru ją przeraża. Ciągnie nie wiadomo dokąd. Chmury przyciskają ją do zelandzkiej ziemi gdzieś między Møllehusvej a Ringstedvej.

Kryta pływalnia olimpijska ma sześć torów i gładką, gumowaną podłogę. Maria zanurza głowę pod taflą wody i próbuje przepłynąć kolejny basen. Jej ciało staje się nieważkie, do pominięcia. W koło jest tylko woda, w uszach tylko cichy szum. Miarowe ruchy rąk, miarowe bicie serca, miarowe minuty, sekundy i tu jest wszystko kurwa miarowe. Miarowa deska klozetowa, miarowa sznurówka do miarowego buta, miarowy uśmiech miarowego Duńczyka na miarowym chodniku w miarowym miasteczku.

Dwa lata temu Maria lubiła patrzeć w ludzkie oczy, widzieć w nich uśmiech i radość. Lubiła, kiedy te oczy pokazywały jej, że w środku jest prawdziwa i piękna myśl, wartość czysta, niezmącona żadnymi stymulantami.  Ale tutaj ludzie nie spoglądają prosto w oczy. Maria także nauczyła się unikać ich spojrzeń. Od pewnego czasu odwraca wzrok przed wścibskimi oczami ludzi, którzy mogliby za dużo z niej wyczytać. Chce mieć w oczach firanki w kraju, gdzie nie istnieją firanki.

Maria powiesiła sobie w środku tabliczkę „Zaraz wracam”. Pół roku to chyba wystarczająco długie zaraz, żeby znaleźć siebie w pustym pokoju. Podobnie jak wystarczająca jest dieta z tartej marchewki i odtłuszczonego mięsa, żeby pozytywnie wpłynąć na transcendentną część ja. W zdrowym ciele duch musi być zdrowy.

Spacer wzdłuż brzegu morza, które delikatnie gładzi piasek, a w oddali wąska cieśnina pomiędzy dwiema wyspami, cisza i spokój. I uśmiech na twarzy w pierwszych promieniach wiosennego słońca. Maria idzie przy boku Jensa. A on nie mówi nic. Spokojnie stąpa koło niej, nie zadając pytań. Arab na aukcji w Janowie Podlaskim, miarowego stępa za masztalerzem.

- Duszno mi. – Maria przerwała ciszę szumu fal.

- Dżisz jest rzeszko. – odrzekł Jens z wyraźnie słyszalnym akcentem.

Maria odwróciła głowę w stronę spokojnej wody. Na redzie stał ogromny kontenerowiec, a w jej głowie huczało wzburzone Morze Północne: „Jak ja mam mu wytłumaczyć, że jeżeli mi duszno, to nie chodzi tylko o brak powietrza ani o temperaturę? Że to gra słów. Że jak świerzop, to świerzop? Że jak chcę lody czekoladowe, to je jem i nie czekam do czwartku, bo lody są drogie, a zęby się psują? I że jak idę ulicą to nie mam systemu oglądania witryn sklepowych.” A Jens spoglądał na głupie mewy, wrzeszczące nad śmietnikiem koło tekowego pomostu, z tą swoją stoicka miną Sfinksa. I z zadartym nosem trollowego bałamuta, potomka Wikingów, z których został mu tylko rudawy odcień brody.

Kangurzyca też jest ruda i ma trzy waginy. I nie nosi swoich dzieci w środku zbyt długo, nosi je w torebce. To byłoby niehumanitarne w ludzkim wydaniu. I dość odrażające. Poza tym sprytnie kopuluje, mając to dziecko w torebce. Jakby przypadkiem gdzieś wypadło, drugie zapłodnione jajo, będące w tym czasie w uśpieniu, w razie czego zastąpi pierwsze dziecko. Ryzyko poronienia nie jest już tak bardzo psychicznie obciążające. Cykl rozrodczy trwa i nowe kangurzątka co najwyżej mogą pojawić się z niewielkim, kilkutygodniowym opóźnieniem.

Kiedy Maria zobaczyła w sedesie krwistoczerwoną wodę, poczuła w piersiach tępe ściśnięcie. Jakby ktoś wepchnął jej całą bułkę w przełyk. I jakby chciała ją zwymiotować, ale nie miała na to siły. Bezdech. Oddech. Hiperwentylacja. Szpital. Metalowa nerka. Białe kitle. Instrumenty, pudełka, formularze.

- Do widzenia. Dziękujemy za miły pobyt – powiedział lekarz ze stoicka miną Sfinksa.

 

- Żegnam. – powiedziała Maria, kiedy położyła trzydziestokilogramową walizkę na wagę na lotnisku w Kopenhadze, a Eva Jensen – jak głosiła najradośniejsza na świecie plakietka na jej piersi – podała Marii kartę pokładową.